Odkad siegam pamiecia moja mama szyla na maszynie.Nie jest super krawcowa,ale zawsze potrafila sobie poradzic z wszelkimi szyciowymi wyzwaniami.Ja lewus totalny,nigdy mnie nie ciagnelo do tego,choc mama mnie usilnie namawiala.Na sam dzwiek turkoczacej maszyny uszy mi wiedly.Raz jedyny wszylam tasme do firany i to byl moj jedyny kontakt z maszyna.Oj,bylam wtedy zla,ze nie chciala mnie wyreczyc.Ale jak widac upodobania czlowieka zmienne sa i tak mnie krecilo by teraz sprobowac szycia.Kupilam wiec w styczniu maszyne,oczywiscie taka mini na poczatek,bo moze mi sie odwidzi.Na samym poczatku uszylam cztery serduszka(ale wyczyn,no nie?.Potem musialam ja schowac poniewaz moj synus mial takie parcie na nia,ze nie dalo sie nic przy nim zadzialac.Wczoraj postanowilam ja wreszcie wyprobowac,tak mi sie podobaly woreczki przez Was szyte.Oto moje pierwsze dzielo
Posialismy dzisiaj rzezuche.
Moc kwiatow tej wiosny...
Na koniec polecam przeczytac ten link
http://strzelec.blog.pl/komentarze/index.php?nid=15339060
Podczas czytania wrocilam do czasow dziecinstwa..
No i znów przypomniało mi się że marze o maszynie ;o) Och ;o)
OdpowiedzUsuńŚlicznie u Ciebie! Gratuluje odwagi w szyciu, ja wciąż dojrzewam :).
OdpowiedzUsuńDzięki za wizytę i miłego weekendu!
brawo, kolejna zarażona szyciem
OdpowiedzUsuńświetny tekst, tez się poczułam jak kiedyś ;)))
OdpowiedzUsuńostatnio tez się szyciem zaraziłam ;).zapraszam na moje Candy :)))
http://anielskizakatek.blogspot.com/2011/05/moje-pierwsze-candy-i-o-tym-jak-apetyt.html
pozdrawiam serdecznie